niedziela, 06 czerwca 2010
samotność liczb pierwszych - paolo giordano

samotnoscliczby pierwsze. liczby oswojone ze swoim losem, z niemożnością połączenia się z innymi liczbami. stojące w szeregu, oddzielone przynajmniej jedną liczbą - liczby bliźniacze. liczby jak ludzie, którzy pomimo że są obok siebie, dzieli ich przestrzeń, tajemnica, zobowiązania czy umiejętności porozumienia się. ich drogi się rozchodzą, bo nie potrafią na siebie spojrzeć na tyle wymownie, by skłonić drugie do pozostania. boją się. odchodzą i w tej samej chwili tego żałują, bo czuje się zapach strachu w powietrzu. wszechobecny strach, który nie pozwala się zbliżyć. kilka sekund, które decydują o wszystkim i lata konsekwencji, które uwierają i chociaż można się przyzwyczaić, to jednak wiercą dziurę w brzuchu, prosto przez serce.

ponieważ - choć bał się do tego przyznać - kiedy był z nią, wydawało mu się, że warto robić wszystkie te normalne rzeczy, które robią normalni ludzie.

i chociaż serce zrobi wszystko, żeby zatrzymać krew dla siebie, i pozwala reszcie zamarznąć, to jest na tyle pełne wolnej woli, że nie podąży za tym czego pragnie, ale zwróci się w przeciwną stronę. po odpowiedniej dawce upokorzeń człowiek już nie słucha serca. postanawia zostać liczbą pierwszą.

ocena: 4,5/6.

p.s. przeczytałam tę powieść dzięki dorocie, która przesłała mi książkę w ramach blogowej akcji przeciw samotności zorganizowanej przez wydawnictwo W.A.B. zgodnie z założeniem przekazuję ją dalej - do izusr.

czwartek, 20 maja 2010
pożyczona miłość - bridget asher

pozyczonastaram się czytać różne rzeczy, żeby nie popaść w schemat. co prawda, wydaje mi się, że jest coś, co łączy wszystkie wybierane (i przeczytane) przeze mnie książki, ale niech pozostanie to tajemnicą. w każdym razie chciałam pisać o tym, że jeśli w tytule powieść ma słowo 'miłość' to mnie trochę odrzuca od niej. nie mówiąc już o 'pożyczonej miłości', bo jak dla mnie brzmi to zupełnie pretensjonalnie i harlequinowsko. to by było na tyle (nie)konstruktywnej krytyki, zatem zabieram się do merytorycznej oceny powieści.

styl pisania bridget asher znałam z poprzedniej jej książki kwiaty od artiego. pisarka i tym razem udowodniła, że potrafi pisać wdzięcznie, z pewną nostalgią w palcach, bez potrzeby epatowania emocjami, których jest tak naprawdę cały ogrom, ale same wiedzą, kiedy i po co się pojawić na kartach powieści. ładne wzruszenia po prostu przygotowuje dla nas pani asher i wydaje mi się, że przychodzi jej to ze specyficzną lekkością.

tym razem asher postanowiła wziąć na ruszt życie gwen - z pozoru zadowolonej (szczęśliwej to za duże słowo) mężatki, która przypadkiem spotyka byłego chłopaka elliota i (pijanym) zbiegiem okoliczności zgadza się udawać jego żonę przed umierającą matką mężczyzny. wyrusza w podróż (życia) do domu nad jeziorem i odkrywa, że dawne (palące serce i ciało) uczucie wróciło, a dawkowana miłość męża jest tylko bezpiecznikiem, który w każdej chwili może zmienić się w bombę i wybuchnąć. dużo znaków zapytania (i nawiasów) w jej życiu, które powoli zamieniają się w zdania twierdzące.

uczucia pomiędzy trojgiem bohaterów to nie jedyny wątek w tej historii. po spotkaniu elliota i jego umierającej, ale silnej matki, nasza bohaterka odkrywa również emocje związane ze śmiercią swojej mamy, która zginęła, gdy ta była małą dziewczynką. gwen nie wiedziała o matce nic poza paroma szczegółami, które udało jej się wydusić od ojca. pomiędzy ojcem a córką krążyły niepewne wspomnienia i żadne z nich nie odważyło się wyjaśnić sobie pewnych spraw. aż do czasu...

dziś znalazłam zdjęcie, które kojarzy mi się z gwen i elliotem, spedzającymi czas w domku nad jeziorem. lubię takie zbiegi okoliczności (w które oczywiście nie wierzę).

ocena: 4,5/6.

czwartek, 13 maja 2010
o psychiatrach, psychologach i innych psycholach - rodrigo muñoz avia

psycholeniestety, jak przekonuje wydawca(?), ta książka nie jest zabawniejsza od komedii woodyego allena, ani od 'przygody fryzjera damskiego' mendozy.

owszem, można się uśmiechnąć parę razy, nawet zachichotać czy parsknąć śmiechem, ale rodrigo i jego psychiatryczno-psychologiczne przygody okazują się być całkiem banalne i pod pozorem przewrotności kryją sporą dozę przewidywalności. może tak miało być, tylko ja zupełnie inaczej odebrałam tę książkę, trzymając ją w rękach w księgarni i zabierając do domu.

rodrigo ma szczęśliwe życie z rodziną i szczekającym kotem. jednak na swojej drodze spotyka nieszczęsną marynarkę z guzikami i tu zaczynają się problemy. gdy nasz bohater się denerwuje, zaczyna zmieniać kolejność liter w wyrazach. parafazję odkrywa u niego nielubiany przez wszystkich ernesto - mąż siostry rodriga i postanawia wyleczyć jego choroby, których po drodze pojawia się coraz więcej, a one zamiast znikać, ciągle się mnożą.

ocena: 3/6.

19:19, tola_fasola , zabawności
Link Komentarze (2) »
środa, 12 maja 2010
nielegalne związki - grażyna plebanek

nielegalnetym razem grażyna plebanek postanowiła ustanowić mężczyznę głównym bohaterem swojej najnowszej powieści. sama autorka mówi, że spędziła dużo czasu na rozmowach ze swoimi kolegami, by móc bliżej poznać świat mężczyzn - ich (często ukrywane) emocje i potrzeby. bez kobiet jednak nie byłoby tej powieści.

jonathan jest rozdarty pomiędzy rolą męża megi (i rolą ojca ich dzieci) a pożądaniem i zauroczeniem andreą. nic nowego w tej powieści nie ma, jeśli chodzi o samą zdradę. typowe zachowania zdradzającego, pierwsze kłamstwa, poczucie winy, próba rekompensowania zdrady żonie, a następnie niechęć do niej.

megi jest prawniczką i pnie się po szczeblach kariery. tym razem obowiązki "pani domu" spoczywają na panu jonathanie. odwozi dzieci do szkoły, prowadzi kurs pisarski, a w międzyczasie spotyka się z andreą w kościołach, parkach i zaułkach ulic.

każdy z trojga bohaterów ma coś za skórą. wzajemnie się uzupełniają swoją grą na emocjach. pragną jednego, robią drugie. godzą się na dany stan rzeczy, by za chwilę wszystko zburzyć i zacząć od nowa. niezbadane są ludzkie zachowania, a pozostaje pytanie, co by tu zrobić, żeby był wilk syty i owca cała.

książkę czytało się jednym tchem. opisywanie jej poszło mi o wiele gorzej.

ocena: 4,5/6.

wtorek, 04 maja 2010
świnia w prowansji - georgeanne brennan

swinia'jakże smaczny kąsek wpadł mi w ręce' - pomyślała tola po pierwszym rozdziale świni w prowansji. gdziekolwiek byś był/a, ta książka przenosi cię w zupełnie inne miejsce - do słonecznej, pachnącej serami i winem prowansji. czujesz, jak przez nos docierają do głowy zapachy i nie pozwalają myśleć o niczym innym tylko o jedzeniu jako wartości samej w sobie.

wyrabiając i sprzedając kozi ser, hodując świnie i gotując z moimi przyjaciółmi, pojęłam, że jedzenie jest centralną częścią naszego życia nie dlatego, że daje nam siłę i dostarcza przyjemności, lecz przez to, że łączy nas ze wszystkimi, którzy byli tu wcześniej. jedzenie tworzy więź ziemią, z przyjaciółmi i krewnymi zgromadzonymi wokół stołu, z przyszłymi pokoleniami. w kruchym, niestabilnym świecie jedzenie jest wartością stałą.

autorka od lat jest związana z prowansją. spędziła tam dużą część swojego życia i cyklicznie wraca do tego pełnego smaku i spokoju miejsca. czterdzieści lat temu georgeanne brennan razem z pierwszym mężem donaldem i córką ethel przeniosła się do prowansji, by utrzymywać się ze sprzedaży koziego sera własnej produkcji. kolejnym zwierzęciem, które miało pomóc w utrzymaniu była tytułowa świnia - wbrew pozorom bardzo inteligentne i wrażliwe zwierzę. z pomocą życzliwych sąsiadów i bliskich przyjaciół georgeanne i jej rodzina poznali uroki życia na wsi, wstając o świcie, zajmując się zwierzętami i biorąc udział w rytuałach przetrwania (trochę mi było słabo przy opisie świniobicia, ale przetrwałam).

co do kuchni francuskiej, nigdy nie byłam jej wielką fanką, jednak ostatnio nieustannie otwieram się na nowe smaki, próbuję, gotuję. co prawda, większość przepisów w tej książce jest poza moim zasięgiem, to na zupę warzywną z sosem z czosnku i bazylii któregoś dnia się skuszę. na pewno.

ocena: 4/6.

niedziela, 25 kwietnia 2010
o czym mówię, kiedy mówię o bieganiu - haruki murakami

murakaminowy murakami mnie zaskoczył, bo że to fajny facet jest, przeczuwałam od dawna, ale że taki z niego wytrwały i odważny(!) biegacz, to dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu nowej książki o czym mówię, kiedy mówię o bieganiu.

po pierwsze, bieganie jest dla mnie czymś zupełnie męczącym i niesprawiającym żadnej przyjemności ani satysfakcji, zatem z pewną konsternacją zaglądałam do tego pamiętnika (jak zostało zaznaczone na okładce i jak sam murakami swoje pisanie w tej książce nazywa). niepotrzebne były moje obawy, gdyż całkiem przyjemnie ukazane zostało to bieganie pomieszane z pisaniem.

murakami przekonuje, że:

zmuszenie się do największego wysiłku, do jakiego jesteśmy w stanie się zmusić przy wszystkich naszych ograniczeniach - oto istota biegania i metafora życia, a dla mnie również pisania.

murakami2ja mu wierzę i w inne słowa, które pojawiają się w tej książce. uroczym elementem są zdjęcia biegającego harukiego (tak, na tych zdjęciach widać, że to prawdziwy człowiek z krwi i kości, więc postanowiłam się spoufalić i zwracać się do niego po imieniu). naprawdę, jestem pod wrażeniem. jego osoby, jego wytrwałości, determinacji, a zwłaszcza tego, że ten skromnej budowy człowiek przebiegł jednego dnia 100km. jak to zrobił, nie wiem, ale bardzo ładnie to opisał.

a czytało mi się tak przyjemnie, bo z zieloną herbatą i słodkościami. ulubionymi!

ocena: 5/6.

21:26, tola_fasola , biografie
Link Komentarze (5) »
sobota, 24 kwietnia 2010
światowy dzień książki i praw autorskich

promocje sprzyjają zakupom, a ja nieobojętna na wdzięki książek i księgarni, więc przedstawiam moją małą wielką piątkę, która wylądowała najpierw w mojej torbie, a potem na niebieskiej półce.

ksiazki

1. rodrigo muñoz avia - o psychiatrach, psychologach i innych psycholach - spodobał mi się tytuł, rozśmieszył opis, więc zobaczymy jakie będzie wnętrze.

2. grażyna plebanek - nielegalne związki - głośno ostatnio o tej pani, postanowiłam spróbować.

3. milena agus - póki rekin śpi - naczytałam się tyle dobrego o tej książce, że nie mogłabym jej przegapić.

4. georgeanne brennan - świnia w prowansji - ostatnio myślę tylko o jedzeniu i coraz częściej wprowadzam w ruch garnki, patelnie i piekarniki, więc pomyślałam, że poczytam o kuchni w przepięknej prowansji.

5. bridget asher - pożyczona miłość - kwiaty od artiego czytało się bardzo przyjemnie, z tą powieścią ponoć jest podobnie.

wiosna powoli budzi mnie do życia, przy okazji doświadczam nieśmiale słonecznych (ale i tych nocnych ulubionych) spacerów, głowa myśli ciągle o podróżach, zapominam o pisaniuuu (o obowiązkach niestety też, a te się zaczynają piętrzyć), a w kolejce do opisania m.in. nowy murakami.

...a Wam udało się coś ciekawego upolować?

piątek, 16 kwietnia 2010
szklany zamek - jeannette walls

szklanyjuż nie pamiętam, co mnie bardziej skłoniło do kupna i przeczytania tej książki, czy było to piękne zdjęcie z przodu, ładnie brzmiący tytuł, opis z czwartej strony okładki czy po prostu niska cena. zapewne była to wypadkowa wszystkich tych czynników. jedno jest pewne - decyzja o zakupie była nagła i jednocześnie trafna. dopiero po przeczytaniu książki zwróciłam uwagę na to, że główna bohaterka nazywa się tak samo jak autorka i dowiedziałam się z internetu, że ta powieść jest swego rodzaju autobiografią.

jeannette walls rozlicza się ze swoją przeszłością, a dokładniej mówiąc, ze swoimi rodzicami. w tej powieści autorka zatacza koło, początkowo opisując dorosłe życie, by na wiele stron zniknąć w otchłani swojego dzieciństwa i na koniec wrócić do końca (ciągu dalszego) swojej historii. a trzeba przyznać, że jej dzieciństwo i dorastanie nie było przeciętne, ani tym bardziej usłane różami. rose mary - matka - artystka, egocentryczka, skupiająca się głównie na swoim talencie i zupełnie oderwana od rzeczy przyziemnych. rex - ojciec - człowiek o wielkiej wyobraźni, alkoholik, wielbiciel fizyki. plus trójka rodzeństwa, którzy razem z jeannette często musieli zadbać sami o siebie, zwłaszcza gdy w domu (a raczej w podróży, która była domem) nie było co jeść czy w co się ubrać. zdarzało się tak nierzadko, gdyż rose i rex uczyli dzieci, żeby nie przywiązywać się zbytnio do miejsc, do rzeczy, a gdy przenosili się z miejsca na miejsce zabierali tylko to, co najpotrzebniejsze. dla matki były to z pewnością obrazy, a nie praktyczne przedmioty potrzebne rodzinie. wolała namalować obraz niż ugotować zupę, która zaraz by znikła w żołądku, a jej dzieło przecież przetrwa wiele dłużej. grunt to dobra argumentacja.

początkowo bardzo śmieszyła mnie ta powieść. kreatywne rozwiązania problemów, które napotykała na swojej drodze ta rodzina powodowały uśmiech na mojej twarzy. dawanie sobie wzajemnie gwiazdek z nieba (nie było pieniędzy na inne prezenty) czy ciągle towarzyszące myśli o szklanym zamku, który ojciec obiecał zbudować i który miał być ostoją bezpieczeństwa, szczęśliwości i spokoju. im głębiej w strony, tym głębsze moje oddechy, gdyż w tych wspomnieniach pojawiło się trochę więcej smutku i goryczy, niż mogłoby się wydawać na początku. co prawda, jeannette walls nikogo nie obwinia i nie wydaje się, by odczuwała żal wobec rodziców za ich wybory, jednak nie było jej łatwo, gdy postanowiła zostawić rodzinę i zacząć życie na własną rękę, tak jak jej starsza siostra. doszło do sytuacji, gdy rodzice wybrali życie bezdomnych i nic nie mogła na to poradzić, pomimo iż chciała im pomóc jak tylko mogła, to był ich wybór.

bardzo dobra książka, o specyficznych relacjach rodzinnych i o wychodzeniu na ludzi, mimo wszystko.

ocena: 5,5/6.

czwartek, 25 marca 2010
pod skórą - doris lessing

pod skórąpomimo że nie przeczytałam wielu książek doris lessing (wręcz bardzo niewiele, na czele ze złotym notesem, który okazał się swego rodzaju biblią), miałam przeczucie, że jej autobiografia przypadnie mi do gustu. byłam ciekawa kobiety, która przeżyła prawie cały dwudziesty wiek. fakt, że mam do czynienia z pisarką chwilowo pominęłam, jednak w trakcie czytania szybko sobie o tym przypomniałam, gdyż autorka często nawiązuje do swojej twórczości. tak, najbardziej interesowała mnie jej kobiecość i spojrzenie na ówczesne czasy.

od początku doris lessing przekonuje, że ciężko jest mówić całkowitą prawdę, pisząc o przeszłości. z jednej strony pamięta się pewne szczegóły, a nie pamięta całych zdarzeń (jakież to znane, prawda?). autorka zaczyna swoją opowieść od czasów dzieciństwa, gdy mieszkała z rodzicami w persji, by następnie wyprowadzić się na farmę do rodezji. często przywołuje to miejsce, pisząc o swoim buszu, gdzie popołudniami wybierała się na polowania.

cały czas przez kartki przewija się relacja pisarki z matką. praktycznie nieustannie kobieta potwarza: 'nie będę taka jak ona!', próbując oderwać siebie od matki, co owocuje szybkim odejściem z domu, próbą życia na własny rachunek. próba ta kończy się pierwszym małżeństwem, następnie dziećmi, dużą ilością wypitego alkoholu i wypalonych papierosów. lessing pisze, że każde zakochanie objawia się u niej tym, że chce urodzić ukochanemu mężczyźnie dziecko. to jej sposób na szczęście. chociaż jej związki nie wydają się być udane, gdzieś pomiędzy pisarka wydaje się być pewna tego co robi i nie chce, żeby ktoś jej w tym przeszkadzał. od początku samodzielna, pewna siebie, swojego ciała i głowy piękna kobieta.

ocena: 5/6.

piątek, 12 marca 2010
niepewne dni - philippe besson

niepewnedniw naszej rodzinie mężczyźni nie zostają. naprawdę w gruncie rzeczy nigdy nie robili nic innego, tylko znikali, odchodzili w siną dal, uwalniając się od nas, kobiet, skazanych na to, by tkwić w miejscu, związanych z ziemią. wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, skąd się u nich wziął ów pociąg do innego nieba, skoro wygląda ono wszędzie tak samo.

- to pierwsze zdania niepewnych dni. jednak tak naprawdę niepewność zaczyna się wtedy, gdy do domu po wielu latach wraca ukochany starszy brat isabelle rimbaud. to właśnie jej ręką został napisany dziennik, w którym to 32-letnia, żyjąca samotnie kobieta, opisuje swoje rodzinne relacje, skupiając się najbardziej na miłości, poświęceniu i oddaniu dla brata.

rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku i trwa niespełna kilka miesięcy. choroba zmusza arthura rimbauda - faktycznie żyjącego ówcześnie poety (przeklętego.. i genialnego swoją drogą, nieprzystosowanego do otaczającej go rzeczywistości) - do powrotu do znienawidzonego domu, w którym brakuje jakiegokolwiek porozumienia. matka nie wykazuje żadnych chęci, żeby pomóc synowi. udaje(?) niewzruszoną, martwi się tylko tym, co powiedzą ludzie. jedynym oparciem wydaje się być siostra, która postanawia opisywać każdy dzień spędzony z chorym bratem. spełnia jego życzenia i zachcianki, bo wie, że to są jego ostatnie, pewne dni. ze współczuciem i próbą zrozumienia wyborów arthura, towarzyszy mu w swego rodzaju rozliczeniu się z życiem. wysłuchuje i chociaż czasem wydaje się nie rozumieć, nie potępia brata. zbyt wiele nieszczęść spadło na tę rodzinę, żeby nie doceniać tego, co zostało - ostatnich dni.

ocena: 4,5/6.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
ślady istnienia
też czytają
Przeczytane 2009
Przeczytane 2010